Po bardzo długiej przerwie – Powrót jesieni cz.1

Ponad cztery miesiące…

…tak długo nie odwiedzałam i nie aktualizowałam obu blogów. Cztery miesiące wyjęte z życia, cztery miesiące po których znów muszę zbierać kawałki i układać wszystko od nowa, nie tylko w wirtualnym świecie.

Tym razem nie mam jednak zamiaru przepraszać i zapewniać: „to już się nie powtórzy”. Niestety, jest duże prawdopodobieństwo że taka sytuacja nastąpi ponownie. Nie, zrobię coś lepszego – wyjaśnię.

Od jedenastu lat choruję na nieswoiste zapalenie jelita grubego. Jest to choroba przewlekła i nieuleczalna, z grupy autoimmunologicznych. W dużym skrócie: układ odpornościowy nagle głupieje, nie jest do końca jasne dlaczego, i atakuje własne komórki. Czym to się objawia? W przebiegu lekkim nie dającą się opanować zwykłymi metodami biegunką. W przebiegu ciężkim wrzodami i otwartymi ranami w zaatakowanym organie, z których leje się krew. Nieraz całkiem spore ilości.

Mnie trafiła się od razu najbardziej agresywna i na dodatek lekooporna forma choroby.

 

A jak w praktyce wygląda życie z zapaleniem jelit?

To tygodnie spędzone w szpitalach, ciągłe badania i niepewność, co przyniesie jutro…

To wypróbowanie najróżniejszych leków lub przeciwnie, kolejny raz tych samych, bo może w końcu zadziałają…

To restrykcyjna dieta po której ma się koszmary na temat suto zastawionego stołu…

To anemia i ciągłe osłabienie, czasem posunięte aż do problemów z oddychaniem…

To ciągły ból i strach, kiedy dosłownie wycieka z ciebie życie…

To bycie zbyt chorym, by normalnie funkcjonować, ale niedostatecznie, aby dostać najlepsze, drogie leczenie…

To wreszcie koszmar krwotoku i operacji, podczas której półtora miesiąca temu wycięto mi niemal całe jelito grube…

To teraz nowa normalność-nienormalność do której się przyzwyczajam – mimo wszystko lepsza niż ostatnie jedenaście lat, bo w końcu nie boli…

 

Czy w tym wszystkim są jakieś jasne strony? Oczywiście, przecież nawet po najczarniejszej nocy wychodzi kiedyś słońce…

To docenianie codziennych drobnych radości, każdej chwili, która przecież już się nie powtórzy…

To wdzięczność dla ludzi, którzy mimo wszystko są obok…

To zdrowszy tryb życia, który w przyszłości może pomóc uniknąć innych chorób…

To szkoła charakteru, po której jest się silniejszym, bo „co nas nie zabije, to nas wzmocni”…

To chwila wytchnienia, która w dzisiejszym szalonym pędzie jest na wagę złota…

To możliwość przemyślenia i wybrania własnych priorytetów, ustalenia tego, co w życiu najważniejsze…

To wreszcie wdzięczność, że po prostu ŻYJĘ, którą odczuwam każdego dnia – a ilu ludzi może powiedzieć, że w ogóle zna to uczucie?

Read More

Powrót po raz kolejny

Nareszcie wznawiam również publikowanie na Truskawkowej Działce, rozpoczynając tym samym nowy sezon ogrodniczy – o ponad miesiąc za późno… Ale lepiej późno niż wcale, nadal mam nadzieję że w tym roku uda się dokonać więcej niż w poprzednim.

Najpierw kilka spraw blogowych: wrzucanie zdjęć na zewnętrzny serwis w końcu się na mnie zemściło, fmix zamyka swe podwoje 7 maja. Oznacza to że wszystkie zdjęcia z wyjątkiem pierwszych, załadowanych jako obrazek wyróżniający znikną… Po raz kolejny będę musiała poprawiać stare błędy, zamiast robić coś nowego na blogu – aktualizacje pojawiać się będą (oby), jednak chwilowo muszę zrezygnować z pisania artykułów ogrodniczych. Takie porządne opracowanie tematu zajmuje sporo czasu, być może coś tam skrobnę w wolnej chwili, ale dużo wolniej.

Wracając do dzisiejszych zdjęć – rozsada w produkcji, czyli kiełkujące suchołuski. Teraz maluchy są już większe, dosłownie rosną w oczach, ale te pierwsze zielone kropeczki były takie rozczulające:) Do produkcji rozsady używam ziemi kokosowej i rolek po papierze toaletowym, jeżeli jedno i drugie się sprawdzi napiszę artykuł o wrażeniach.

Read More

Dalie i niespodzianka

Każdy lubi niespodzianki…

Po dalie zgłosiłam się sama – już rok temu była propozycja wzięcia nadmiaru, nie zdecydowałam się jednak przez kiepskie warunki. Po co marnować rośliny w za ciepłej piwnicy? Jednak po niespodziewanym zakupie kłączy paciorecznika stwierdziłam: „a co mi szkodzi”. Kwiaty i tak poszłyby na kompost, przynajmniej mają jakąś szansę. Dołączyły do dalii którą dostałam od sąsiadki i siedzą w papierowych torbach w oczekiwaniu na wiosnę. W sumie mam cztery rośliny, dużą, średnią i dwie małe oraz oczywiście kannę.

Read More
Instagram SpisBlog
Facebook